"I karwasz 13...
Zaczęło się niewinnie...
Mail, że poszedł incremental... chociaż chłopaki mieli przecież zmieniać dużo danych... ale na razie małe piknięcie niepokoju gdzieś tam... i tak przecież z domu przed wyjściem niewiele sprawdzę...
Nasikane... tu...
Nasikane...tam...
Ach, zostawię Cibie - ja kanapce robię i już mam czyste łapki...
[...]
Ok... oaza spokoju...
Za skrzyżowaniem w Nadarzynie korek... zauważony ofc PO zjeździe z rzeczonego skrzyżowania.
No nic nie poradzę... turlam się.
Na skrzyżowaniu przy Maximusie tir się wziął był i zepsuł.
Przejazd między skrzyżowaniami - pół godziny niemal.
Dalej nie lepiej.
Objazd kartofliskiem i wpadka w dziurę, ale bez większych szkód - trząsnęło i tyle...
Raszyn - spokojnie. Okęcie - ciasno znów...
Przy Zachodnim - ciasno... przed Kasprzaka korek jak ... duży.
Teściowa wysiada "po drodze", będzie prędzej pieszo niż ja dojadę na tamten przystanek.
Ok. Wyskakuję na trasę - wciąż jakoś ciasno, ale "się jedzie".
To jadę.
Przed zjazdem na trasę z marymontu - mocno ciasno i zwalnianie - wczoraj tam się van wsadził na żółte rozdzielacze pasów i je poprzestawiał. Dziś ekipa ustawiała je na miejscu. Bo nocą oczywiście że się nie da...
No dobra... dojechałam do pracy.
Pan kanapkowy #1 nowym dostawcą sushi jest - wzięłam na spróbowanie.
Wdrapuję się na górę...
I sprawdzam incrementala.
No i żesz fak i ja takietamdalej...
Wczoraj przesadziłam z modyfikacjami i zamiast 122 000 do sprawdzenia, wzięłam tylko 1 300...
Booooo mi się procedury machły, i z rozpędu w jednej więcej dopisałam sprawdzanie historii... tej, która pobiera dane do modyfikacji, więc... w historii jeszcze NIC być nie może. To wzięła tylko... nie wiem co. :) Coś wzięła. :)
To teraz leci... znów.... jeszcze tylko 119 000 wizerunków do odświeżenia ma....
Ommmmmmm..... OOooooOOOOommmMMMMmmmm.... OooooooMMMMMMmmmmmm....
Piątek piątek piątek!..."
Takie info radosne dla B. było... to było rano... później się działo w pracy, ale "jakoś wyszło".
Po pracy na siłownię, a po siłowni - na 17.45 zapisałam się do lekarza. Witaminy przepisać, bo zastrzyki brać trzeba.
Siłownia szczęśliwie, nic na nogi nie spadło, nic nie trzasnęło, nie huknęło. Super.
Jadę do lekarza. Do Arkadii... z przyzwyczajenia zjechałam nie tam, gdzie miałam jechać, ale i tak źle nie wyszło, dało się dojechać i tak. Wchodzę - jestem prawie 10 minut przed czasem.
"Dzień dobry, mam wizytę na 17:45".
"Dzień dobry, poproszę kartę, dowód... tak... zgadza się. Wizyta na 17:45 - w BlueCity."
KE? No może zdążę. "Nie sądzę" odpowiada pani z recepcji...
Mimo to wsiadam w samochód i jadę.
Na parking BlueCity wjeżdżam 17:48. (tak, sprawdzałam co chwila...). Jak na złość - miejsce parkingowe po drugiej stronie (czyt. na innym końcu niż wejście do BC). Parkuję i żwawym krucgalopkiem lecę do BC. Trzecie piętro? Ok. Winda... nie. Za długo czekania - gdzie tu są schody? Są... lecę... obiegam dookoła - bo tak są rozmieszczone schody i kolejny poziom... i kolejny... wpadam do rejestracji - plapla "bojawizytęmamaradośniepochrzaniłamipojechałamdoArkadii" na jednym wydechu przedstawiłam sprawę.
"No cóż, czas Pani wizyty się skończył, mogę Panią zapisać na 18:30 do innego lekarza".
"Siet" powiedziałam ja w moich myślach, za to na głos - "to ja poproszę". (żeby nie było - wizytę chciałam przełożyć jak trafiłam do Arkadii, ale "się nie da".
Zasiadłam w poczekalni - czekam... nie przyszedł pacjent co miał być przede mną. Lekarzy wyjrzał, poprosił o chwilę jeszcze cierpliwości, bo "może jeszcze przyjdzie". Nie przyszedł. Zostałam zaproszona do gabinetu przed czasem. (18:20). Wchodzę.
"Ale ja Pani nie mam na liście"... Pan doktor poszukał w komputerze, poszukał, nie znalazł, zadzwonił na recepcję i... poprosił, żebym poszła na recepcję to wyjaśnić.
Idę...
Jedna z uśmiechniętych pań, nie ta, co mi przepisała wizytę, zaprasza do siebie...
"Prosssszzzzz... w czym problem"
"Koleżanka zapisała mnie na 18:30 i poprosiła o przejście do gabinetu 302, a doktor tam urzędujący mnie "nie ma"".
"Tak, już sprawdzam... no tak, bo to gabinet 312..."
"ożesz" wyrwało się moje ja w myślach
"... na 17:45".
"Ale... bo ja... w Arkadii... i tu... i mi koleżanka Pani... bo Ona powiedziała... 302... na 18:30..." słabo zaczęłam wyjaśniać.
"Ale ja tu nie widzę... zapiszę Panią... na 18:45 - gabinet 300"
"Na pewno "będę"?"
"Tak".
Znów wylądowałam na znajomym korytarzu w poczekalni...
Tym razem poprosiła mnie Pani doktor - też przed czasem - widać nie tylko ja miałam problem z dotarciem w dobre miejsce na właściwą godzinę.
"blablabla bo ja bym chciała prosić o przedłużenie... zastrzyki po operacji... recepta... skierowanie..."
Pani doktor szybko sprawdziła historię, co tam miałam wypisane kiedy i dlaczego i po krótkim wywiadzie o samopoczuciu itd wypisała receptę i skierowanie. W uśmiechach się pożegnałyśmy - wyszłam!
Czas - okolice 19.00.
Idę z receptą do apteki - to już w poniedziałek wezmę zastrzyk, który powinnam wziąć w połowie marca... albo lutego.. w każdym razie idę do apteki... o ... TKMaxx. Zajrzę. Wlazłam, chodzę... rozglądam się... (po drodze do apteki był, tak?). Dzwoni telefon.
Nie znam numeru. Odbieram.
"....yk, słucham?"
"Dobry wieczór... mówi Abc Def. Pani przed chwilą u mnie była... i sprawdziłam, bo coś mi nie pasowało, że Pani powinna brać już mniejsze dawki, a nie taką jak na początku"
"? wie Pani, ja się na tym nie znam, jeżeli tak Pani mówi, ok. Zaraz do Pani wrócę"
Jeszcze parę zdań, gdzie Pani doktor wyjaśniała mi co i jak, a ja w tym czasie tupam z powrotem. W sumie, dobrze że ten sklep po drodze był... jakbym poszła prosto na parking, to zawinięcie mogło by być trudniejsze i bardziej czasochłonne.
Przyszłam pod gabinet, Pani doktor już czekała z nową receptą i nowym skierowaniem. Znów wyjaśniała co kiedy i dlaczego uważa że tak jest lepiej.
Zgodziłam się z Nią, w końcu to Ona jest lekarzem, nie ja... wzięłam kwity i znów w stronę apteki.
W aptece... trochę się zaniepokoiłam. Pan szukał księgi refundacyjnej, którą po paru ładnych minutach znalazł... wykupiłam, kupiłam. Wychodząc rozpiszczałam się na bramce... noszfok. Wyciąganie co tam w torbie - bo torba wyła - macham przez bramki a to wyciągniętymi klamotkami (m.in. zakupami z apteki) a to torbą. W końcu obsługa się lituje i mówi "paszła" tylko grzeczniejszymi słowy. Przechodzę przez bramkę. Nic nie piszczy. "Bo ona czasem tak sama zaczyna piszczeć"...oj bodajby was...
Do samochodu. Po pieczywo do sklepu. O są mieszanki do wypieku - plus bonusowy na koniec dnia :) Wzięłam, a co. :) Dalsza droga do domu już bez przygód...
Uffff...
Następny piątek 13 dopiero w styczniu :)