Kategorie: Wszystkie | B. | Dziecko | Firmowo | Kulinaria | Moje | Po...
RSS
sobota, 17 grudnia 2011

Na czekoladzie

Jeszcze z jukeja - delektuje się czekoladą na gorąco

 

Jaselka

Jasełka przedszkolne.

 

Aniolek

Ileż naturalności w uśmiechu aniołka. Na zdjęciu poprzednim widać, że aniołki się NIE uśmiechają. :)

W przedszkolu opiekunki z dziećmi przygotowały występ. Opłatkowy.
Pomijam tu fakty wiary/wierzeń.

Oliwii przypadła rola Aniołka. Ta suknia w którą jest ubrana na zdjęciach - nie mam pojęcia czyja. Podczas przygotowań wszystko się poplątało. Moje dziecię owszem, na biało ubrane być miało, skrzydełka i ustrojenie głowy też się zgadzają, ale ta suknia? :)

Szkoda, że nie wiem nawet która dziewczynka w sukni tej być miała. Wszystkie wyglądały fajnie.

09:55, zycie_w_kolorach , Dziecko
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 listopada 2011

W dooomu, już w doooomuuuuu!

Ale po kolei.
Na urlop wybrałam się na wyspę, z wizytą do Siostry.
Ładnie tam. Przyjemnie. I tak, wciąż mam bzika na punkcie UK :)

Nie o tym jednak miało być a o drodze powrotnej.
Samolot wylatywał o 14.40.... odprawa online - napisane - być najpóźniej na 40 minut przed odlotem. Nauczona doświadczeniem wolę i tak być dwie przed... :)
Nastawiłam sobie budzenie, żeby dopakować to, co do dopakowania jeszcze zostało.
Bez większego pośpiechu byłyśmy z Oliwią gotowe na czas. Renata też :)
Wyjechałyśmy. Jazda bez problemów - dużo przed czasem w pobliżu lotniska byłyśmy - Oliwia "brzuszek mnie boli". Zatrzymałyśmy się na stacji, toaleta, herbata/kawa... zaglądam na telefon - informacja, że "w związku z dużym natężeniem ruchu na lotnisku ... radzimy przybyć minimum 3 godziny przed odlotem. Oszlag... Jakbym sprawdziła wcześniej...
No to jazda do samochodu i na lotnisko...
Wpadam, punkty odprawy otwarte. Nawet trzy do Warszawy. Tupiemy z Oliwią raźnie. Dochodzimy - z daleka widać punkty odpraw. O dziwo - otwarte pięć... na cztery loty na raz. Kolejki spore, ale do przejścia. Stanęłyśmy w losowo wybranej - mniej więcej równe były... tylko zonk. Pan sobie poszedł na coffe break... Ożeszty... Wrócił po jakimś czasie... inne kolejki się kończyły. Obsłużył. I bodaj by go - do walizki podręcznej się przypiął. Kopane kółka blokowały zmieszczenie się w "skrzynce". I trzeba bagaż nadać jako rejestrowany. Z dopłatą ofc. Trudno. Ale Oliwia płacz, bo tam były jej zabawki. Uspokoiła się troszkę, jak wytłumaczyłam, że jej walizka pojedzie razem z dużą, i po wylądowaniu odbierzemy obydwie. Ale... zabawki - "kochanie, jak przejdziemy już odprawę to pójdziemy do sklepu i kupimy jeszcze jakąś zabawkę".
Po nadaniu bagażu - do kontroli.
Owmordkę. No taką przeprawę to miałam paręnaście lat temu - jak pierwszy raz jechałam do UK. Trzepali wszystko. Laptop z resztą elektroniki na kontrolę, i powrót i znów... Szło to niesamowicie wolno - mimo, że naprawdę personel był szybki i wszystkie stanowiska otwarte.
Okeeeej... przeszłyśmy w końcu i my.
"Brzuszek mnie boli". Znów toaleta. Po drodze - kantor - wymienię euro na funty, bo karta coś nie bardzo. (przy dopłacie za bagaż - debetowa nie, tylko kredytowa... ziwniej i ziwniej). Kurs zbójnicki, ale jak się obiecało dzieciu zakup czegoś, to trzeba.
Wpadłyśmy do sklepu - kolekcja pluszaków zwierzątek zwiększyła się o kolejne trzy sztuki i lecimy dziecię, bo mamy pół godziny do odlotu.
Bieg przełajowy do bramki - jeszcze parę osób jest w kolejce - super. :) Byłyśmy ostatnie, ale nie żeby na nas specjalnie czekali... Jeszcze schody na płytę, schody w górę do samolotu i... startujemy.

Wiecie - mimo wszystko - chyba było nieźle. Poprzednio prawie dwie godziny dziecię pytało "kiedy polecimy"... teraz odpowiedź była prosta - czekamy w kolejce - a to do odprawy, a to do kontroli, a to do bramki...
A między kolejkami krucgalopek i nawet dziecię nie zdążyło zapytać "kiedy".
Start - trochę trzęsło i bujało - dość silny wiatr był, za to lot przyjemny i krótki.

W domu najnaj. :)
Długa kąpiel - no dobra, lenistwo w wannie :) i spaaaać... a rano masowy atak zwierzyńca..
I nie wiem, czy lepiej chodzić spać o 3-4 i wstawiać o 10, czy chodzić spać o 10-11 i wstawać ... rano. :)
Jutro powrót do pracy. Jak ja wstanę??? 

14:40, zycie_w_kolorach , Moje
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2011

Wybyłam znów. Za mniejszą wodę. A żem się objadła to na razie blurp i tylko parę zdjęć z wycieczki na plac zabaw. :)

Plac_1

 

Plac_2

 

Plac_3

 

 

Kawa

20:15, zycie_w_kolorach
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 października 2011

Wczoraj troche zarobiona byłam w domu - awaria w pracy, zagaszone ale musialam jeszcze posprawdzac... wiec siedze przed kompem, wturw pod kokardkę.
Przy drugim biurku Oliwia. W coś gra. I co 2-3 sekundy wydaje odgłos paszczą. Takie kląśnięcie - jak koń kopytami... (nie "patataj")
Kojarzycie Shreka i Osła... "are we there yet?"
a mi juz oko lata...


21:25, zycie_w_kolorach , Moje
Link Komentarze (1) »
środa, 03 sierpnia 2011

Urlop jest, tak? Można trochę w okolicy domu się pokręcić. Tak? A gucio. Natura atakuje!

Skosiłam kawałek trawnika, B wycina zbędne zielone (drzewka zdziczałe, winogrono, żarnowca podkopanego przez psy i uschniętego troszkę), to pomyślałam, że przytnę dolne gałązki dębowi, żeby można było pod nim sobie usiąść... Pomysł zacny, początek nawet niezły... jednak gdy zostały mi dwie gałązki do przycięcia - komitet obrony dębu w postaci czerwonoczarnych krów (no dobra, mrówek, ale wielkości małego wróbla) przystąpił do kontrataku.
Skubane... dziabią... Moje stópki w sandałkach powiedziały, że one raczej nie lubią niż lubią się z mrówkami. Komitet wiwatował.

Odpuściłam gałązkom. Niech B. dokończy. Jego może nie potną.

13:07, zycie_w_kolorach , Moje
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 lipca 2011

- Oliwia, kanapki Ci jakieś zrobić?

- Tak, poproszę.

Drepcę do kuchni, szykuję bułkę, masło...

- Z czym Ci zrobić?

- W buteleczce - odpowiada dziecię.

???

- No nie wiem, czy się da...

- A o co pytałaś?

...

Chyba ma to po B.

20:41, zycie_w_kolorach , Dziecko
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 maja 2011

"I karwasz 13...
Zaczęło się niewinnie...

Mail, że poszedł incremental... chociaż chłopaki mieli przecież zmieniać dużo danych... ale na razie małe piknięcie niepokoju gdzieś tam... i tak przecież z domu przed wyjściem niewiele sprawdzę...

Nasikane... tu...
Nasikane...tam...
Ach, zostawię Cibie - ja kanapce robię i już mam czyste łapki...

[...]
Ok... oaza spokoju...

Za skrzyżowaniem w Nadarzynie korek... zauważony ofc PO zjeździe z rzeczonego skrzyżowania.
No nic nie poradzę... turlam się.
Na skrzyżowaniu przy Maximusie tir się wziął był i zepsuł.
Przejazd między skrzyżowaniami - pół godziny niemal.
Dalej nie lepiej.
Objazd kartofliskiem i wpadka w dziurę, ale bez większych szkód - trząsnęło i tyle...
Raszyn - spokojnie. Okęcie - ciasno znów...
Przy Zachodnim - ciasno... przed Kasprzaka korek jak ... duży.
Teściowa wysiada "po drodze", będzie prędzej pieszo niż ja dojadę na tamten przystanek.
Ok. Wyskakuję na trasę - wciąż jakoś ciasno, ale "się jedzie".
To jadę.
Przed zjazdem na trasę z marymontu - mocno ciasno i zwalnianie - wczoraj tam się van wsadził na żółte rozdzielacze pasów i je poprzestawiał. Dziś ekipa ustawiała je na miejscu. Bo nocą oczywiście że się nie da...
No dobra... dojechałam do pracy.
Pan kanapkowy #1 nowym dostawcą sushi jest - wzięłam na spróbowanie.
Wdrapuję się na górę...
I sprawdzam incrementala.
No i żesz fak i ja takietamdalej...
Wczoraj przesadziłam z modyfikacjami i zamiast 122 000 do sprawdzenia, wzięłam tylko 1 300...
Booooo mi się procedury machły, i z rozpędu w jednej więcej dopisałam sprawdzanie historii... tej, która pobiera dane do modyfikacji, więc... w historii jeszcze NIC być nie może. To wzięła tylko... nie wiem co. :) Coś wzięła. :)

To teraz leci... znów.... jeszcze tylko 119 000 wizerunków do odświeżenia ma....
Ommmmmmm..... OOooooOOOOommmMMMMmmmm.... OooooooMMMMMMmmmmmm....

Piątek piątek piątek!..."

Takie info radosne dla B. było... to było rano... później się działo w pracy, ale "jakoś wyszło".
Po pracy na siłownię, a po siłowni - na 17.45 zapisałam się do lekarza. Witaminy przepisać, bo zastrzyki brać trzeba.

Siłownia szczęśliwie, nic na nogi nie spadło, nic nie trzasnęło, nie huknęło. Super.
Jadę do lekarza. Do Arkadii... z przyzwyczajenia zjechałam nie tam, gdzie miałam jechać, ale i tak źle nie wyszło, dało się dojechać i tak. Wchodzę - jestem prawie 10 minut przed czasem.
"Dzień dobry, mam wizytę na 17:45".
"Dzień dobry, poproszę kartę, dowód... tak... zgadza się. Wizyta na 17:45 - w BlueCity."

KE? No może zdążę. "Nie sądzę" odpowiada pani z recepcji...

Mimo to wsiadam w samochód i jadę.
Na parking BlueCity wjeżdżam 17:48. (tak, sprawdzałam co chwila...). Jak na złość - miejsce parkingowe po drugiej stronie (czyt. na innym końcu niż wejście do BC). Parkuję i żwawym krucgalopkiem lecę do BC. Trzecie piętro? Ok. Winda... nie. Za długo czekania - gdzie tu są schody? Są... lecę... obiegam dookoła - bo tak są rozmieszczone schody i kolejny poziom... i kolejny... wpadam do rejestracji - plapla "bojawizytęmamaradośniepochrzaniłamipojechałamdoArkadii" na jednym wydechu przedstawiłam sprawę.
"No cóż, czas Pani wizyty się skończył, mogę Panią zapisać na 18:30 do innego lekarza".
"Siet" powiedziałam ja w moich myślach, za to na głos - "to ja poproszę". (żeby nie było - wizytę chciałam przełożyć jak trafiłam do Arkadii, ale "się nie da".
Zasiadłam w poczekalni - czekam... nie przyszedł pacjent co miał być przede mną. Lekarzy wyjrzał, poprosił o chwilę jeszcze cierpliwości, bo "może jeszcze przyjdzie". Nie przyszedł. Zostałam zaproszona do gabinetu przed czasem. (18:20). Wchodzę.
"Ale ja Pani nie mam na liście"... Pan doktor poszukał w komputerze, poszukał, nie znalazł, zadzwonił na recepcję i... poprosił, żebym poszła na recepcję to wyjaśnić.
Idę...

Jedna z uśmiechniętych pań, nie ta, co mi przepisała wizytę, zaprasza do siebie...
"Prosssszzzzz... w czym problem"
"Koleżanka zapisała mnie na 18:30 i poprosiła o przejście do gabinetu 302, a doktor tam urzędujący mnie "nie ma"".
"Tak, już sprawdzam... no tak, bo to gabinet 312..."
"ożesz" wyrwało się moje ja w myślach
"... na 17:45".
"Ale... bo ja... w Arkadii... i tu... i mi koleżanka Pani... bo Ona powiedziała... 302... na 18:30..." słabo zaczęłam wyjaśniać.
"Ale ja tu nie widzę... zapiszę Panią... na 18:45 - gabinet 300"
"Na pewno "będę"?"
"Tak".

Znów wylądowałam na znajomym korytarzu w poczekalni...
Tym razem poprosiła mnie Pani doktor - też przed czasem - widać nie tylko ja miałam problem z dotarciem w dobre miejsce na właściwą godzinę.
"blablabla bo ja bym chciała prosić o przedłużenie... zastrzyki po operacji... recepta... skierowanie..."
Pani doktor szybko sprawdziła historię, co tam miałam wypisane kiedy i dlaczego i po krótkim wywiadzie o samopoczuciu itd wypisała receptę i skierowanie. W uśmiechach się pożegnałyśmy - wyszłam!

Czas - okolice 19.00.

Idę z receptą do apteki - to już w poniedziałek wezmę zastrzyk, który powinnam wziąć w połowie marca... albo lutego.. w każdym razie idę do apteki... o ... TKMaxx. Zajrzę. Wlazłam, chodzę... rozglądam się... (po drodze do apteki był, tak?). Dzwoni telefon.
Nie znam numeru. Odbieram.

"....yk, słucham?"
"Dobry wieczór... mówi Abc Def. Pani przed chwilą u mnie była... i sprawdziłam, bo coś mi nie pasowało, że Pani powinna brać już mniejsze dawki, a nie taką jak na początku"
"? wie Pani, ja się na tym nie znam, jeżeli tak Pani mówi, ok. Zaraz do Pani wrócę"
Jeszcze parę zdań, gdzie Pani doktor wyjaśniała mi co i jak, a ja w tym czasie tupam z powrotem. W sumie, dobrze że ten sklep po drodze był... jakbym poszła prosto na parking, to zawinięcie mogło by być trudniejsze i bardziej czasochłonne.
Przyszłam pod gabinet, Pani doktor już czekała z nową receptą i nowym skierowaniem. Znów wyjaśniała co kiedy i dlaczego uważa że tak jest lepiej.
Zgodziłam się z Nią, w końcu to Ona jest lekarzem, nie ja... wzięłam kwity i znów w stronę apteki.

W aptece... trochę się zaniepokoiłam. Pan szukał księgi refundacyjnej, którą po paru ładnych minutach znalazł... wykupiłam, kupiłam. Wychodząc rozpiszczałam się na bramce... noszfok. Wyciąganie co tam w torbie - bo torba wyła - macham przez bramki a to wyciągniętymi klamotkami (m.in. zakupami z apteki) a to torbą. W końcu obsługa się lituje i mówi "paszła" tylko grzeczniejszymi słowy. Przechodzę przez bramkę. Nic nie piszczy. "Bo ona czasem tak sama zaczyna piszczeć"...oj bodajby was...
Do samochodu. Po pieczywo do sklepu. O są mieszanki do wypieku - plus bonusowy na koniec dnia :) Wzięłam, a co. :) Dalsza droga do domu już bez przygód...
Uffff...

Następny piątek 13 dopiero w styczniu :)

22:08, zycie_w_kolorach , Moje
Link Komentarze (1) »
niedziela, 01 maja 2011

To już...

Wturw pod kurek minął.
"Nie zmienię świata nie zmienię, nie mam żadnych złudzeń", po co dokładać do tego własne nerwy? I co prawda to prawda, ale pewnie za jakiś czas znów zacznie mi się zbierać.

Chciałoby się napisać, że wracam do pracy, ale... tak naprawdę wcale się z nią nie rozstałam. Czy to mi przeszkadza? Chyba nie bardzo. Pisałam gdzieś, że lubię swoją pracę, do tego znam się na niej i jeżeli coś się wali, w miarę szybko potrafię sobie z tym poradzić. Nie znaczy to jednak, że nie mam przy tym stresu, przecież wywalanie sie nie jest stanem normalnym. Przy każdej takiej akcji mam pomysł jak na przyszłość ułatwić sobie jeszcze bardziej pracę - bo "leniwa" jestem i nie lubię powtarzać czynności - wolę poświęcić trochę czasu na jakiś automat, który później zrobi coś za mnie... a ja tym czasem będę leżała/siedziała i pachła :) Jak tylko znajdę czas na napisanie tegoż automatu.
W każdym razie wracam do pracy - w sensie pobytu w biurze.

Jazda nad z z nad morza przekonała mnie, że jeździć to ja lubię, tylko może nie koniecznie po naszych "trasach". Porównania nie mam, więc nie będę pisać, że inne są lepsze - nie jeździłam po nich jako kierowca, a jako pasażer mogę mieć inne odczucia. Na plus dla naszych dróg chyba tylko szerokość (w porównaniu do UK czy Belgii które wydają mi się węższe) i tyle. Bo jakość (nie piszę żadnych nowości) pozostawia wiele do życzenia.
Jechałam eską i autostradą. 300 km w ok. 3 godziny. Pozostałe 150 zajęło cztery. C z t e r y godziny. Trasa. Ja wiem, że teraz jest gorzej, by mogło być lepiej. (przebudowy, budowy, utrudnienia...), jednak znaki ograniczające prędkość bo "wyboje" - to woła o pomstę.
Oczywiście że taniej jest postawić znak na trasie - bo to nie jakieś szosy boczne, czy drogi wiejskie - ograniczające prędkość do 30 km i tak

przez parę(naście) kilometrów niż łatać. Taniej zrobić rondo niż bezkolizyjne skrzyżowanie. Do ronda w korku tylko 20 minut, a co to jest 3 km korek.

I ja to rozumiem. Nie ma pieniędzy na remonty, nie ma pieniędzy na nowe drogi, a nawet jeżeli można je otrzymać jako dofinansowanie z UE, to coś nie wychodzi albo przetargi krzywe, albo źle wycenione i nie mogą dojść do realizacji lub co gorsza, są realizowane ale w jakości odpowiedniej cenie.
Może, gdybym nie jechała z Oliwią, która niczym Osioł ze Shrek'a ("are we there yet?") powtarzała kiedy będziemy w domu/sklepie/domu/ile ma lat/ect. dojechałabym do celu mniej zmęczona. A tak... Wcześniej był plan by na weekend majowy wziąć wolne i pojechać z moją sister do Wisły - plan upadł ze względu na przesunięcie urlopu - ale i tak po przyjeździe stwierdziłam, że chyba żadna siła nie zagnałaby mnie do samochodu na kolejne kilka godzin jazdy. :)
 
M. dojeżdża z Poznania. W poniedziałek rano. I wraca do domu pod koniec tygodnia. Tydzień w tydzień. Może można się przyzwyczaić, może rano jest inaczej, może na Poznań trasa jest lepsza (jechałam tylko do Sochaczewa, później odbijałam na Gdańsk). Podziwiam faceta. Chociaż z opowieści - nawet jeżeli troszkę koloryzuje - wychodzi że czasem nadzbyt się naraża, ale to moje zdanie i mogę je mieć, prawda?

W każdym razie - koniec urlopu, wracam do pracy, gdzie - ze względu na początek maja - najprawdopodobniej tydzień będzie spokojny, a ja, przez ciągły kontakt z firmą nie załamię się ilością zaległej poczty/spraw do załatwienia na już. :) 

11:37, zycie_w_kolorach , Moje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Oliwia pokonała swój strach i nie jest już wodną małpiatką. :)

Na basenie #1

 

Na basenie #2

 

Na basenie #3

 

Na basenie #4

 

Na basenie #5

07:59, zycie_w_kolorach , Dziecko
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 kwietnia 2011

Pisać - można by pewnie wiele... ale niechęć ogromna. Mimo pięknych okoliczności przyrody - atmosfera coś nie ta... zdjęć ciąg dalszy.

Ach. Nie ma JimJam, więc dziecina przerzuciła się na CN. Mam nadzieję, że w domu ją odzwyczaję. :)

Portowe podduszanie Taty

Spacer do portu,

Skupiona

Huśtawka/bujawka/karuzela - wymaga skupienia.

Malowanie jajek

Malowanie jajek z Tatą. B. wyłączył flesz... taki efekt. :)

Rysowanie jajek

Rysowanie na jajkach - ludzik.


Rysowanie jajek cd.

Coś knuje, i pomysł jej się podoba.

Czemu przytula?

Na placu zabaw była z B. Nie wiem, o co chodziło :)

Zbliżenie

Takie zdjęcia Oliwki uwielbiam

Zamyślona

Dosyć długo zadumana przy fontannie siedziała...

15:26, zycie_w_kolorach , Dziecko
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21

Stick Figure Family at FreeFlashToys.com
Make your Stick Figure Family at FreeFlashToys.com

Analiza oglądalności witryny